Rok 2016

zajawka gnieznoZapowiadali deszcze. Jednak w sobotę rano, kiedy pod oczekujący przy aquadromie autokar podchodzili kolejni pielgrzymi ładujący swoje walizki i torby podróżne do luku bagażowego, na szczęście nie padało. Choć nawet gdyby lało, to tym razem, wyjątkowo przyjęlibyśmy to bez narzekania. Przecież Chrzest związany jest z wodą, a to przecież przeżywana w tym roku 1050 rocznica Chrztu Polski sprawiła, że po raz pierwszy w naszych tradycyjnych, wrześniowych, pielgrzymkowych wojażach zdecydowaliśmy się na wyjazd dwudniowy. Powód wydał nam się ważny, toteż przez cały rok propagowaliśmy pielgrzymkę wśród naszych pracowników i mieszkańców. W ciągu kilku godzin podróży przenieśliśmy się do miejsc, do których w 965 roku wraz z księżniczką Dobrawą przybyli pierwsi duchowni, a wśród nich, jak podają niektórzy historycy, określany mianem chrzciciela Polski, biskup Jordan. Z badań archeologicznych wynika, że już w czasach Mieszka I powstały w tym rejonie cztery kamienne świątynie oraz dwa książęce palatia.

Są to: palatium ma Ostrowie Tumskim w Poznaniu wraz z kościołem pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny; bazylika, również pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny w Gnieźnie; palatium z kaplicą na Ostrowie Lednickim oraz katedra św. Piotra w Poznaniu. Nie ma zgody i pewności wśród naukowców co do miejsca w którym doszło do najważniejszego bodaj wydarzenia w naszej historii. Spór o to, gdzie Mieszko I przyjął chrzest: czy na Ostrowie Lednickim, czy na Ostrowie Tumskim, nigdy nie zostanie prawdopodobnie rozstrzygnięty, podobnie jak i to, gdzie – czy w Gnieźnie, czy w Poznaniu – znajdował się gród stołeczny państwa gnieźnieńskiego. My na wszelki wypadek postanowiliśmy odwiedzić obydwa te miasta, by przyjrzeć się z bliska zachowanym w nich historycznym pamiątkom. W Poznaniu zameldowaliśmy się kwadrans po dziesiątej. Tam czekał już na nas nasz przewodnik. Poprowadził nas on przez poznański rynek do przepięknego, wkomponowanego w piętrzące się obok kamienice, kościoła farnego. Świątynia, której patronuje św. biskup Stanisław stanowi część parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i św. Marii Magdaleny  i jest jednym z najcenniejszych zabytków sztuki baroku w Polsce. Wybudowali ją jezuici. Prace budowlane zapoczątkowane w 1649 r. zakończono ponad osiemdziesiąt lat później. W międzyczasie jednak, bo w 1705 roku kościół został konsekrowany. W latach 1945 - 1956, w czasie odbudowy katedry na Ostrowie Tumskim, pełnił on funkcję prokatedry. To właśnie w tym kościele, o niezwykle bogatym wystroju utrzymanym w stylu baroku rzymskiego, mieliśmy okazję wysłuchać przepięknego koncertu organowego wykonanego tuż przed Mszą Świętą na instrumencie wyposażonym w 2579 piszczałek, z których najdłuższe mają aż 6 m długości. Podczas mszy, która okazała się być Mszą św. chrzcielną mieliśmy okazję odnowić nasze przyrzeczenia chrzcielne. Z przejęciem wypowiadaliśmy słowa stanowiące treść liturgii chrzcielnej. Przypadek? Nawet jeśli, to fantastycznie wpisujący się w nasz pielgrzymkowy program. Przechodząc przez rynek mieliśmy nadzieję na zobaczenie poznańskich koziołków, które jednak tego dnia postanowiły nie opuszczać ratuszowej wieży. Równie jak my zawiedziony przewodnik przyznał, że taka sytuacja już kiedyś miała miejsce, ale wtedy nie było prądu na całym rynku. Przeżyliśmy zatem mimo wszystko coś bardzo niezwykłego, bo nie oglądając koziołków, zobaczyliśmy tylko zamknięte żelazne drzwiczki, czyli coś, co nieczęsto w południe zdarza się w Poznaniu. Poznańska Bazylika Archikatedralna, która była kolejnym punktem naszego poznańskiego programu, położona jest na wyspie zwanej Ostrów Tumski. Jej historia sięga samych początków chrześcijaństwa w Polsce, czyli drugiej połowy X wieku. Pierwszy kościół, na miejscu obecnej, gotyckiej katedry, zbudowano tu już w 968 roku. Posiadał on atrium, w którym odkryto relikty płyty z zaprawy wapiennej, tzw. misy chrzcielnej i krypty grobowe, identyfikowane przez badaczy jako prawdopodobne groby monarsze: księcia Mieszka I i króla Bolesława Chrobrego. W posadzce nawy głównej katedry, z okazji Wielkiego Jubileuszu Chrześcijaństwa w roku 2000, wmurowano płytę z brązu upamiętniającą wspomnianego już biskupa Jordana – pierwszego biskupa Polski. Wszyscy zwróciliśmy również uwagę na napis umieszczony na posadzce w nawie głównej, informujący, że w świątyni tej pochowano królów i książąt polskich: Mieszka I, Bolesława Chrobrego, Mieszka II, Kazimierza Odnowiciela, Władysława Odonica, Przemysła I, Bolesława Pobożnego i Przemysła II. W nazywanej królewską nekropolią katedrze mieliśmy również okazję zobaczyć przecudnej urody złotą kaplicę z 1837 roku, w której znajdują się posągi Mieszka I i jego syna Bolesława. Jest ona pięknym ukłonem i hołdem złożonym naszym pierwszym władcom.
Z Poznania udaliśmy się do Gniezna, a dokładnie do zbudowanej w II poł. X wieku przez Mieszka I katedry, która była świadkiem wielu ważnych dla naszej Ojczyzny wydarzeń historycznych. To stąd św. Wojciech wyruszył do Prus, tu odbył się zjazd w roku 1000 oraz, ćwierć wieku później, pierwsza w dziejach Polski koronacja pierwszego polskiego króla. Pierwsza świątynia na Wzgórzu Lecha powstała za panowania Mieszka I prawdopodobnie w 970 roku. Już siedem lat później stała się miejscem pochówku żony księcia – Dąbrówki. Z przekazów historycznych wiemy, że kiedy św. Wojciech zginął śmiercią męczeńską podczas swojej misji, Bolesław Chrobry wykupił jego ciało i złożył w świątyni. Od tego momentu kościół gnieźnieński stał się miejscem kultu szybko kanonizowanego Wojciecha. To właśnie tu w prezbiterium, będącym najstarszą częścią świątyni, mogliśmy pomodlić się przy konfesji św. Wojciecha. Ołtarz grobowy tworzą umieszczony pod architektonicznym baldachimem relikwiarz w kształcie niewielkiej trumny, na którym umieszczono leżącą rzeźbę świętego. Na dłużej zatrzymaliśmy się również przy słynnych Drzwiach Gnieźnieńskich z 1175 roku, które są unikalnym w skali światowej tego rodzaju dziełem. Na ich dwóch odlanych z brązu skrzydłach przedstawiono 18 scen z życia św. Wojciecha, po dziewięć na każdym. Mieliśmy wiele szczęścia, bo zabytkowe drzwi, początkowo zamknięte, zostały otwarte na czas wyjścia młodej pary i jej gości, którzy akurat wychodzili z kościoła. Zresztą, co do szczęścia, to trafiliśmy w ten sposób już na drugą tego dnia wielką uroczystość. Zrobiliśmy sobie jeszcze wspólne zdjęcie, wprawdzie nie z młodą parą, a pod pomnikiem Bolesława Chrobrego i życząc nowożeńcom jak najlepiej udaliśmy się do Lichenia na nocleg. Już wkrótce naszym oczom ukazała się błyszcząca kopuła i najwyższa wieża największego w Polsce sanktuarium.
Licheń to niewielka miejscowość w województwie wielkopolskim, w środkowej Polsce. Rozkwit Lichenia zaczął się wraz z przybyciem do tutejszej parafii Księży Marianów, bo to właśnie dzięki ich staraniom, w ciągu zaledwie 10 lat, w imponujący sposób rozrosło się miejscowe Sanktuarium Maryjne. W tym czasie wybudowano tu największą świątynię w kraju, w której godne miejsce, w głównym ołtarzu, znalazł cudowny obraz Matki Bożej. Historia sanktuarium sięga 1813 roku, kiedy pod Lipskiem miała miejsce bitwa narodów. Poważnie ranny w tej bitwie Tomasz Kłossowski, kowal z okolic Lichenia, modlił się o śmierć w rodzinnych stronach. Wtedy ukazała mu się Matka Boska z Orłem Białym i w zamian za obietnicę szczęśliwego powrotu do domu poleciła, by poszukał jej wizerunku i zaniósł w rodzinne strony. Po 23 latach uratowany żołnierz znalazł we wsi Lgota, na przydrożnym drzewie stary obraz, najbardziej podobny do zapamiętanego oblicza z wizji. Wziął go ze sobą i umieścił w kapliczce na sośnie w lesie grąblińskim, nieopodal Lichenia. Namalowany przez nieznanego malarza obraz na modrzewiowej desce przedstawiał Najświętszą Maryję Pannę spoglądającą na rozpostartego na jej piersiach orła białego w koronie. Po śmierci Tomasza obrazem zaopiekował się miejscowy pasterz – Mikołaj Sikatka, mający kilkakrotnie wizję Matki Boskiej. Przekazała mu ona różne wskazówki, w tym zalecenie przeniesienia obrazu z lasu do kościoła. Początkowo nikt nie wierzył Sikatce. Sytuacja zmieniła się jednak, gdy w tym samym roku w okolicy zapanowała — zapowiedziana według niego przez Matkę Bożą — epidemia cholery. Mieszkańcy zaczęli licznie gromadzić się przy obrazie na modlitwie o zdrowie. Świadectwa o licznych uzdrowieniach sprawiły, że władze kościelne po zbadaniu tych wydarzeń poleciły przenieść obraz do kościoła w Licheniu, co nastąpiło uroczyście 29 września 1852 roku. Jeszcze tego samego dnia, w którym przyjechaliśmy do Lichenia, pomimo bardzo długiego już dla nas dnia i związanego z nim zmęczenia, wzięliśmy udział w apelu licheńskim. Po odśpiewaniu apelu jasnogórskiego rzesza ludzi wypełniająca prawie wszystkie ławki, a więc ponad trzy tysiące osób, rozważała radosne tajemnice różańca. Później wzięliśmy udział w procesji ze świecami, które na wzór fatimski, podczas śpiewu Ave Maria, były podnoszone do góry. Piękny to był widok i wzruszający. Tym bardziej wzruszający, że na temat samej świątyni różne słyszy się zdania. Oprócz oczywistych zachwytów można usłyszeć wyrażane wątpliwości, że: po co taka ogromna i ten cały przepych, to złoto kapiące, że to kombinat i pomysł na tzw. przemysł religijny. Ktokolwiek jednak przeżył wieczorne nabożeństwo musi przyznać jedno: Jest to przede wszystkim kombinat i fabryka modlitwy, w którym każdego dnia tysiące ludzi zanosi do Boga przez Maryję swoje prośby i dziękczynienia, jest to miejsce, w którym w dziesiątkach czynnych konfesjonałów Chrystus ciągle oczekuje na powrót zagubionych, miejsce, które pomimo naszych różnych gustów estetycznych jest Wotum Kościoła Katolickiego na Wielki Jubileusz Narodzenia Chrystusa.
Następnego dnia zwiedzaliśmy bazylikę z przewodnikiem. Opowiedział nam on historię licheńskiego sanktuarium oraz poprowadził w różne ciekawe miejsca. Byliśmy w Kościele św. Doroty skąd przeniesiono do bazyliki wizerunek Matki Bożej. Byliśmy również w dolnej części kościoła Matki Boskiej Częstochowskiej, gdzie znajduje się niezwykły krzyż ze śladami po kulach z czasów II Wojny Światowej. Został on sprofanowany przez wychowawczynię chłopców obozu Hitlerjugend, która strzelając do niego chciała udowodnić swoim wychowankom, że Boga nie ma. Zginęła kilka godzin później. Krzyż z widocznymi śladami po kulach jest dziś otaczany czcią wiernych. Cieszymy się, że i my mogliśmy mu się pokłonić. Mieliśmy też okazję stanąć na miejscu objawień w lesie grąblińskim, by wspólnie odmówić tam różaniec. Po obiedzie wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Nie był to jednak jeszcze koniec naszych religijnych uniesień. Podczas postoju w Kaliszu nawiedziliśmy Sanktuarium św. Józefa. Święty Opiekun Pana Jezusa jest patronem diecezji kaliskiej. Od początku XVII wieku sanktuarium jest jednym z głównych miejsc czci Świętego Józefa w Polsce. Według tradycji początki Sanktuarium Świętego Józefa w Kaliszu sięgają 1670 roku. Wtedy to bowiem za przyczyną Świętego Józefa został uzdrowiony mieszkaniec wsi Szulec, który jako wotum ufundował obraz Świętej Rodziny i umieścił go w Kaliskiej Kolegiacie w podarowanym przez siebie ołtarzu. Do szczególnego rozwinięcia i znaczenia kultu Świętego Józefa Kaliskiego po II wojnie światowej przyczyniły się w zasadzie trzy wydarzenia: cudowne wyzwolenie księży - więźniów z obozu w Dachau w 1945 roku, utworzenie w Kaliszu Polskiego Studium Józefologicznego w roku 1969, oraz w 1997 roku – wizyta w Kaliskim Sanktuarium papieża św. Jana Pawła II. Można powiedzieć, że to ostatnie wydarzenie chyba najbardziej rozsławiło Świętego Józefa Kaliskiego, bowiem to właśnie w Kaliszu Ojciec Święty zawierzył Świętemu Józefowi wszystkie polskie rodziny oraz sprawę ochrony życia nienarodzonych zarówno w Polsce jak i na świecie. Ostatnim punktem na naszym pielgrzymim szlaku było, sąsiadujące niemal ze Świętym Józefem, Sanktuarium Serca Jezusa Miłosiernego. Początkowo wydawało się, że nie będzie nam dane uklęknąć w przepięknej świątyni, do której mogliśmy zajrzeć tylko przez szybę w drzwiach. Trwały tam rekolekcje ignacjańskie, bo sanktuarium tym, podobnie jak poprzednim, opiekują się jezuici. Znalazł się jednak życzliwy ojciec, który mimo swoich ponad osiemdziesięciu lat z wielką swadą opowiedział nam historię niezwykłego obrazu ulokowanego po prawej stronie nawy głównej. Nie jest to ten, znany nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, obraz Miłosierdzia Bożego. Krótka notka umieszczona na odwrocie jego reprodukcji fotograficznych informuje, że jest to "drugi pierwowzór, dyktowany przez ks. Michała Sopoćko"- spowiednika siostry Faustyny. Jak doszło do jego powstania? Otóż w 1954 roku ksiądz biskup Franciszek Barda zaproponował księdzu Sopoćko ogłoszenie konkursu na nowy obraz Jezusa Miłosiernego, ukazującego się Apostołom w dniu zmartwychwstania i ustanowienia sakramentu pojednania. Spośród zgłoszonych do konkursu prac Artystyczna Komisja Arcybiskupia w Krakowie wybrała wizerunek autorstwa prof. Ludomira Sleńdzińskiego, rektora Politechniki Krakowskiej, namalowany według wskazówek ks. Sopoćko, który przedstawia Zbawiciela wchodzącego przez zamknięte drzwi do Wieczernika. Jego prawa ręka błogosławi patrzącego, a lewa uchyla szatę w okolicy niewidocznego serca, skąd wychodzą dwa promienie - blady i czerwony. W wypadku obu obrazów - wileńskiego i kaliskiego - wymowa teologiczna przedstawienia jest taka, jak zapisała siostra Faustyna w swoim "Dzienniczku". W 1954 roku Główna Komisja Episkopatu zatwierdziła wizerunek namalowany przez Slendzinskiego do kultu w całej Polsce. Tak się zaczęła historia "drugiego pierwowzoru". W sześć lat później (1960) ks. Michał Sopoćko podarował obraz księdzu biskupowi Zbigniewowi Kraszewskiemu, podówczas wicerektorowi, a później rektorowi Seminarium Metropolitalnego w Warszawie. W kościele seminaryjnym obraz pozostał do roku 1971, po czym - wtedy już biskup - Kraszewski zabrał go do parafii Bożego Ciała w stolicy, a właściwie do biskupiego gabinetu na tamtejszej plebanii. Co jakiś czas pojawiały się wprawdzie propozycje umieszczenia obrazu w którejś z warszawskich świątyń, jednak za każdym razem kończyło się odmową i obraz pozostawał w biskupim gabinecie. Tam też ujrzał go po raz pierwszy, prowadzący tam wówczas rekolekcje nasz niespodziewany przewodnik – ojciec Zdzisław Pałubicki. Urzeczony utkwionym w niego spojrzeniem Zbawiciela przez ponad trzy lata ponawiał prośby o przekazanie mu wizerunku. Nie zrażony ciągłymi odmowami "przypuścił atak" na biskupa również na Placu św. Piotra w Rzymie w dniu beatyfikacji s. Faustyny czyli 18 kwietnia 1993 r. Tym razem hierarcha okazał się bardziej uległy. 24 czerwca tegoż roku, w uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela Jego Ekscelencja osobiście przywiózł obraz do Kalisza. Odprawił Mszę św., wygłosił kazanie i na ręce ówczesnego przełożonego domu zakonnego w Kaliszu, o. Mieczysława Beresińskiego przekazał wizerunek jezuitom, zobowiązując ich do dbałości o kult Bożego Miłosierdzia. Że obietnicy dotrzymano, przekonaliśmy się osobiście. Obraz zawieszony początkowo na kotarze w przejściu z prezbiterium do nawy głównej, po zakończeniu prac konserwatorskich doczekał się w końcu swojego ołtarza i czci publicznej. Spełniło się pragnienie sługi Bożego ks. Michała Sopoćko, wypełniają się też obietnice dane siostrze Faustynie przez Miłosiernego Boga: "Przez obraz ten udzielać będę wiele łask dla dusz, a przeto niech ma przystęp wszelka dusza do niego".
I znowu woda. Z boku Jezusa patrzącego na nas z obrazu wypływa krew i woda. Symbol chrztu i oczyszczenia, wielkiej łaski, która strumieniem wypływa z patronującego nam Najświętszego Serca Pana Jezusa. Było pięknie. Miało być koszmarnie zimno i mokro, ale prognozy synoptyków nie sprawdziły się tym razem. Jesteśmy jednak przekonani, że dzięki odwiedzinom w tych niezwykłych miejscach spadł na nas deszcz bożej łaski. Zdając sobie sprawę z wielkiego skarbu jaki otrzymaliśmy przez sakrament Chrztu, pamiętajmy w modlitwie o tych, którzy zanieśli nas do chrztu, o naszych rodzicach i rodzicach chrzestnych. Pamiętajmy o tych, których ręce wylały kiedyś na nasze głowy wodę, o tych, których usta wypowiedziały święte słowa: „…, ja Ciebie chrzczę, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego…” Amen.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49