Rok 2015

Zajawka lourdesDługo trwały przygotowania do tej niezwykłej pielgrzymki. Niezwykłej, bo pierwszej tego rodzaju. Już w zimie, w Panewnikach, na wspólnym kolędowaniu ks. Arcybiskupa z chorymi i niepełnosprawnymi naszej archidiecezji, zapowiadano, że przygotowywana jest pielgrzymka do Lourdes. Kiedy wiosną okazało się, że zebrała się odpowiednia liczba chętnych i pielgrzymka rzeczywiście dojdzie do skutku, zrobiliśmy rozeznanie wśród naszych wychowanków, czy byliby zainteresowani takim wyjazdem. Ostatecznie ośmioro spośród nich oraz dwoje towarzyszących im opiekunów stanęło w dniu wyjazdu na katowickim dworcu, bo należy dodać, że pielgrzymi udali się do Lourdes pociągiem. Była z nami również pani Krysia, nasza kadrowa, która wprawdzie wybrała się na pielgrzymkę prywatnie, ale i tak mogliśmy zawsze liczyć na jej pomoc w razie czego. Pierwsze miłe zaskoczenie przeżyliśmy już na dworcu. Trochę obawialiśmy się tego wyjazdu. Wiedzieliśmy, że będzie dużo ludzi… To, że taki, na taką skalę, wyjazd organizowany był po raz pierwszy, powodowało, że nie zupełnie bez obaw wchodziliśmy na dworzec. Nasi mieszkańcy byli dobrze przeszkoleni jak zachowywać się w tłumie. Wiedzieli, że mają się nie oddalać i bezwzględnie informować opiekunów o wszystkich swoich zamierzeniach. Obawialiśmy się, że długo będzie trwało rozlokowanie nas w wagonach. Długi, specjalny, liczący dwanaście wagonów podstawiony pociąg miał pomieścić to mrowie ludzi kręcących się po peronie. Grupa pielgrzymów liczyła ponad czterysta osób.

Podzielono nas na osiem około pięćdziesięcioosobowych grup. Wszyscy uczestnicy otrzymali modlitewniki z planem pielgrzymki i śpiewnikiem, identyfikatory i rozpoznawcze chusty, w różnych kolorach, w zależności od grupy. Każda grupa miała swojego lidera. Opiekę nad nami sprawował ks. Wojciech Bartoszek, który, jako znany nam brat naszego kapelana, stał się nam w tym momencie szczególnie bliski. Dzięki niemu od początku czuliśmy się bardzo bezpiecznie.

Wśród zebranych na dworcu były osoby z poważnymi ograniczeniami lokomocyjnymi, osoby na wózkach inwalidzkich, ludzie starsi i dzieci. Najstarszy uczestnik pielgrzymki, jak się okazało, miał skończone dziewięćdziesiąt dwa lata, najmłodszy zaś zaledwie dziewięć. Nasze wszelkie obawy okazały się być zupełnie bezpodstawne. W ciągu zaledwie piętnastu minut od wejścia na dworzec ulokowano nas w  przedziałach i zanim minął kwadrans, każdy siedział wygodnie na swoim miejscu. Przed odjazdem pociągu, przed samą północą, na dworcu pojawił się Wiktor Skworc - Arcybiskup naszej archidiecezji, który serdecznie wszystkich pobłogosławił i zapewnił, że spotkamy się na miejscu. Przedziały w pociągu były sześcioosobowe z miejscami do leżenia. Dopełniliśmy, rozpoczętej jeszcze w Ośrodku, wieczornej toalety, bo w wagonie mieliśmy stały dostęp do bieżącej wody i próbowaliśmy zasnąć. Jednym udało się to od razu, na innych działały emocje związane z wyjazdem i utrudniały zapadnięcie w sen. Noc jednak stawała się coraz głębsza, a miarowy stukot kół pociągu sprawił, że wkrótce wszyscy odpłynęli. Oprócz, wspomnianych przed chwilą, przedziałów z miejscami do leżenia, toalet i restauracji w pociągu był stosunkowo duży przedział konferencyjny, który w czasie drogi pełnił również rolę kaplicy.
Zaproszenie dla naszych warg, aby zaczęły chwalić Pannę Świętą, wdarło się znienacka do naszych przedziałów i zaspanych uszu. W każdym, klimatyzowanym przedziale był głośnik, dzięki któremu dotarło do nas wezwanie rozpoczętych właśnie Godzinek. Tą samą drogą docierały do nas ogłoszenia i komunikaty, a także konferencje o pielgrzymowaniu, czy historia objawień Matki Bożej świętej Bernadetcie, wygłaszane przez naszego opiekuna, księdza Wojtka. Msza Święta również była „transmitowana” przez głośniki, zaś z Komunią Świętą ksiądz dotarł do każdego przedziału osobiście. Każdy dzień, zarówno w podróży jak i na miejscu, w Lourdes, rozpoczynał się jutrznią, czyli wspólną, oficjalna modlitwą Kościoła. Śpiewaliśmy godzinki, odmawialiśmy koronki, a jako, że wszystko działo się w maju nie sposób było nie odprawiać codziennie majowego nabożeństwa. Dzień kończył się kompletą, czyli modlitwą wieczorną, jak to jest przyjęte w brewiarzu. Modliliśmy się dużo, a na pewno dużo więcej, niż każdy z nas robi to każdego, zwykłego dnia. Niektórzy mówili, że już im się kręci w głowie „od tego ciągłego modlenia”. Uznaliśmy, że jeżeli tylko od modlitwy, to nawet dobrze… Po przybyciu na miejsce, z dworca kolejowego, przejechaliśmy autokarami do domu pielgrzyma Notre Dame w Lourdes. Zaskoczeniem było dla nas, że z poziomu zerowego, który wydawał nam się parterem, przewieziono nas windą na niższą kondygnację. Pomyśleliśmy przez chwilę, że zakwaterują nas w piwnicy. Zaskoczeniem był zatem dla nas piękny widok za oknem, który uzmysłowił nam, że dom, w którym przyszło nam zamieszkać zbudowany był na zboczu góry. Dom Pielgrzyma był perfekcyjnie przystosowany pod kątem osób na wózkach. Nigdzie żadnego progu, idealnie proste, pozbawione jakichkolwiek barier tafle korytarzy robiły na wszystkich wrażenie. Po zakwaterowaniu mieliśmy okazję zakosztować francuskiej kuchni. Zdania na temat nowych doświadczeń kulinarnych były podzielone. Byli tacy, którym wszystko smakowało, ale byli i tacy, którzy nie znajdowali w menu specjalnie ulubionego przysmaku. Na szczęście można jeszcze było sięgać do prowiantu przywiezionego z domu.  Nikomu nie brakowało jednak strawy duchowej, która była tu najważniejsza. To była prawdziwa uczta. Bardzo przeżywaliśmy pierwsze wyjście do groty. Można było dojść do niej pieszo lub dojechać specjalnymi dorożkami, czyli czymś w rodzaju foteli na kółkach, ciągniętych przez wolontariuszy lub zdrowsze osoby z grupy. Jurek i Artur bardzo szybko włączyli się do grupy stale wspierających potrzebujących pomocy i zaskarbili sobie ich wdzięczność. Wzajemna pomoc była wszechobecna.
Miejsce cudownych objawień położone jest w dolinie. Pięknie. Czuje się, że tu ludzie przychodzą się rzeczywiście pomodlić. Nikt nikomu nie przeszkadzał, nie było turystów, którzy odwiedzają święte miejsca tylko po to, aby uwiecznić je na dziesiątkach zdjęć i pokazywać je później znajomym. Tu człowiek otwiera się na Boga, modli się o uzdrowienie duszy, ciała, umysłu, o uzdrowienie i rozpalenie serca. Chce się tu być, by być bliżej Boga, Maryi… „Bombowe”, jak powiedział jeden z uczestników, dostępne przez całą dobę, miejsce do modlitwy. Wiele ławek, w których można usiąść. Przy samej grocie, przy źródełku, można było tylko przejść, bo i tak była tam cały czas kolejka. Wszędzie widoczne podziękowania, listy, wota i kwiaty. Przed nami szła pani z niewidomą córką. Opowiadała jej o wszystkim co było wokół. „A tu jest źródełko” – powiedziała prawie szeptem. „Słyszę je mamo…” odpowiedziała córka, a w jej głosie pobrzmiewała wielka wdzięczność.
Każdy z czterech dni spędzonych w Lourdes był szczelnie wypełniony. Każdego dnia, o dwudziestej pierwszej, odbywała się procesja ze świecami. Odmawialiśmy różaniec w wielu językach. Na słowa „Ave Maryja” wszyscy podnosili lampiony do góry i to był bardzo piękny i wzruszający obrazek, bo ludzie podnosząc świece, wraz z unoszącą  się do Nieba modlitwą podnosili jakby własne serca. Po błogosławieństwie kończącym nabożeństwo przykazywaliśmy sobie znak pokoju. Było to trochę dziwne, bo ludzie pozdrawiali siebie, każdy w swoim języku, nie rozumiało się słów, ale uśmiech i ton głosu powodował, że wszyscy odczuwali wielką wzajemną życzliwość.
W kolejnym dniu odprawiono dla nas Mszę Świętą w Grocie Massabielle, co w miejscowym narzeczu znaczy: stara skała. W przeciwieństwie do obszernego placu Różańcowego i okolicznych bazylik, to miejsce, w którym św. Bernadetta Soubirous doznawała objawień, wydaje się być bardzo proste, wręcz surowe. Skała, w której mieści się grota ma wysokość 27 m; sama grota ma niecałe cztery metry wysokości, niecałe dziesięć długości i niecałe dziesięć metrów szerokości. Wnętrze groty nie jest ozdobione, chociaż umieszczono w niej prosty, kamienny ołtarz i pulpit, żeby można tu było odprawiać msze. Nad główną wnęką jest nisza, gdzie miały miejsce objawienia i na którym od 4 kwietnia 1864 umieszczona jest figura Matki Bożej z Lourdes, dłuta rzeźbiarza polskiego pochodzenia Josepha Fabischa. Artyście podczas pracy trudno było ustalić wygląd Pięknej Pani. Żadna z pokazywanych Bernadetcie reprodukcji obrazów nie odpowiadała temu, co dane jej było zobaczyć. Nie widząc innego sposobu, artysta poprosił dziewczynkę, żeby spróbowała uśmiechnąć się i popatrzeć w podobny sposób. Wyrzeźbiona w ten sposób figura ma 1,88 metra wysokości. Matka Boża ubrana jest w białe szaty, w prawej ręce trzyma różaniec, a u jej stóp leżą dwie żółte róże. W takiej właśnie formie objawiła się Ona Bernadetcie Soubirous. Na piedestale wyryty jest napis: Que soy era Immaculada Concepciou  co znaczy „Jestem Niepokalane Poczęcie”.
Zwiedzaliśmy sanktuarium. Byliśmy w domu św. Bernadetty, widzieliśmy jej łóżeczko, w którym sypiała jako dziecko. Zwiedziliśmy muzeum poświecone życiu św. Bernadetty i objawieniom. Byliśmy w Bazylice Niepokalanego poczęcia, byliśmy w krypcie gdzie znajduje się jej grób. Przy relikwiach świętej można było na głos wypowiedzieć intencje z jakimi przyjechaliśmy do Lourdes. Wielu to zrobiło. Byliśmy również w Bazylice św. Piusa X, ogromnym podziemnym kościele w kształcie odwróconej łodzi, mogącym pomieścić 25 tysięcy wiernych. Po południu wzięliśmy udział w procesji eucharystycznej z kościoła św. Bernadetty, która przeszła pod bazylikę przekraczając rzekę Gave. Wszystkim tym wydarzeniom i miejscom towarzyszyła zawsze odmawiana z wielkim przejęciem modlitwa.
W kolejnym dniu Msza Święta była dla na odprawiona w Bazylice Różańcowej. Czytania liturgiczne podczas wszystkich nabożeństw były zawsze czytane w trzech językach francuskim, angielskim i polskim. W tym dniu zaproponowano nam również możliwość kąpieli w basenach uzdrawiających. Dwóch spośród naszych wychowanków i dwoje opiekunów skorzystało z tej propozycji. Z pomocą, wspierającej pielgrzymów, obsługi, chętni zanurzali się po kolei w zimnej wodzie. Każde zanurzenie poprzedzało wyznanie wiary lub wypowiedzenie słów dowolnej modlitwy. I tu znowu wielkie wzruszenie. Mieliśmy okazję obserwować rodzinę z niepełnosprawnym chłopcem. Relacja ojca i syna, pełna zrozumienia i Bożej Miłości. To co poruszyło nas tak bardzo, to zwykły obraz wycieranej wierzchem dłoni przez ojca, śliny z twarzy syna nie panującego nad pewnymi odruchami. Relacja uśmiechnięta, ciepła i ostatecznie najzwyczajniej ludzka, najbardziej zwyczajna. Ileż podobnych sytuacji zdarza się nam na co dzień, w naszej pracy… Dlaczego zatem taki obraz, w tym miejscu wydał nam się taki niezwykły? A może było to tylko jakieś potwierdzenie właściwego wyboru…
Stacje drogi krzyżowej rozlokowano tam w taki sposób, że mogą brać w niej udział i osoby  sprawniejsze i mniej sprawne. W zależności od poziomu sprawności i możliwości ludzie wybierają, którą drogą chcą przejść. My wybraliśmy oczywiście tę trudniejszą. Na dodatek niektórzy z naszych wychowanków bardzo chętnie pomagali potrzebującym w rykszach.
Podczas jednej z procesji różańcowych ze świecami, zupełnie niespodziewanie dołączył do nas, idący z przeciwka, nasz Arcybiskup. Włączył się do procesji z różańcem w dłoni i szedł tuż za nami. Od razu zauważyliśmy, że nie ma świecy. Zaproponowaliśmy mu jedną z naszych, bo to przecież „głupio by tak było, żeby nasz Arcybiskup szedł bez świecy…” Przyjął i podziękował. My na szczęście mieliśmy jeszcze kilka w plecaku i ostatecznie nikt nie stał bezczynnie na „Ave Maryja”, bo jak już powiedziano wcześniej, należało podnieść wtedy świece do góry. Nie było to nasze ostatnie spotkanie z księdzem Arcybiskupem w Lourdes. Następnego dnia spotkaliśmy go w drodze do bazyliki na międzynarodową mszę pod jego przewodnictwem. Zdradziliśmy mu, że nasza opiekunka obchodzi właśnie swoje urodziny. Osobiście złożył jej gorące życzenia, wywołując rumieniec zakłopotania. Ostatecznie, nie codziennie przyjmuje się życzenia od arcybiskupa… Oprawę muzyczną podczas wspomnianej mszy zapewniła orkiestra dęta z KWK Staszic. Po południu mieliśmy okazję wziąć udział w specjalnie dla nas, pielgrzymów przygotowanym jej koncercie.
Nieodłącznym elementem kultu Matki Bożej w Lourdes są świece płonące nieustannie w grocie Massabielle. Zwyczaj zapalania świec w grocie narodził się podczas czwartego objawienia, 19 lutego 1858 roku , kiedy to Bernadetta Soubirous za namową ciotki przyniosła ze sobą świecę i trzymała ją zapaloną podczas objawienia. Robiła to do czternastego objawienia. Świece są do nabycia na terenie sanktuarium, można też przynieść własne. Mają różne rozmiary. Wśród świec zapalanych w grocie były świece kilkucentymetrowe, ale i takie które ważyły kilkanaście, a nawet i kilkadziesiąt kilogramów. Największe mierzą nawet dwa metry. Właśnie taką świecę, w imieniu wszystkich pielgrzymów powierzono naszemu opiekunowi panu Arkowi do niesienia. Wspólnie z księdzem Arcybiskupem wnieśli ją więc do Groty. Kiedy osadzali ją na specjalnym świeczniku, Arek nie mógł się powstrzymać od komentarza. „Jak to możliwe, przecież ja wczoraj ofiarowałem ekscelencji taką małą świeczkę, a dziś zamieniła się ona w taką wielką… i w taki zaszczyt…” Szczerze uradowany takim podejściem Arcybiskup skomentował to słowami, których wobec przejęcia chwilą opiekuna nie chcielibyśmy dzisiaj poprzekręcać. Jedno jest pewne, znane powiedzenie o tym, że uczynione dobro zawsze do człowieka wraca, jest z pewnością oparte na prawdzie. Tym razem wróciło ono zwielokrotnione co najmniej kilkadziesiąt razy. 
Przed nami było już tylko pakowanie i powrót do domu. Jeden z pielgrzymów, przygrywał na dworcu na akordeonie. Niektórzy zaczęli tańczyć. Taniec, do którego włączyli się i nasi mieszkańcy, doskonale oddawał nastrój jaki panował w naszych sercach. Ks. Roman Chromy, odpowiedzialny za całą pielgrzymkę, skomentował te sytuację słowami: „Wszyscy z Lourdes zawsze wyjeżdżają szczęśliwi”. I tak było rzeczywiście i jest w naszym przypadku. 

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49