Rok 2014

web 07Oczekiwanie na świętego Mikołaja zawsze wywołuje u naszych wychowanków ogromne emocje. Wcale nie mniejsze niż u ich młodszych, mniejszych kolegów, a może nawet większe, bo przecież są więksi… Wychowawcy już w listopadzie zasypywani są pytaniami o to, czy w tym roku też na pewno przyjdzie, czy przyjdzie rano czy wieczorem, czy po roratach, czy będzie o coś pytał, czy będzie srogi, czy łagodny i czy w ogóle dotrze do nas, no bo przecież nie ma śniegu… Ale przyszedł w końcu. I ucieszył się bardzo widząc wypełnioną po brzegi kaplicę. Wszystkie oczy wlepione były w niego. Wszystkie buzie i serca śpiewały powitalną piosenkę. On witał się ze wszystkimi, pozdrawiał gestem ręki dalej siedzących, rozglądał się szukając tych, których zawsze tu spotykał. Uśmiechał się i głaskał po głowach tych, którzy znajdowali się najbliżej. Wśród tej radości ze spotkania, na ułamek sekundy, w jego dobrodusznych oczach pojawił się smutek, niczym mały błysk zdradzający jakiś niepokój.

Nieliczni tylko mogli to zauważyć, a może nawet nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy skoncentrowani byli na tym co mówił i co przyniósł w worku. Rozdając podchodzącym po kolei, ustawionym gęsiego, prezenty ciągle się uśmiechał, lecz jego serce było coraz smutniejsze. W kaplicy nie było Wiesia, wielkiego czciciela i wielbiciela świętego Mikołaja, który od lat, jeśli tak to można nazwać, koresponduje z nim, pisząc do niego długie listy, które tak właściwie są listami życzeń…

Kolejka się kończyła, a Wiesiu nie podszedł do świętego Mikołaja. No przecież! I tu dobrze się stało, że miał akurat ręce zajęte rozdawaniem prezentów, bo miał wielką chęć palnąć się w czoło. Jak mógł zapomnieć?! Jednak czas robi swoje… Przecież Wiesław od kilku dni przebywa w szpitalu i dlatego go nie ma na roratach! No cóż, nie ma się co nad sobą rozczulać, tylko trzeba jechać do szpitala. Czym prędzej trzeba go odwiedzić. Szpital Miejski w Rudzie Śląskiej znajduje się od Ośrodka, w zależności od natężenia ruchu, o kilkanaście minut jazdy samochodem. W niespełna pół godziny dotarł na miejsce. Zapytał o drogę na portierni. Miła pani o dużych pięknych oczach, być może ze zdziwienia, ale raczej po prostu takie miała, wskazała mu drogę, za co dostała piękny obrazek z betlejemskim dzieciątkiem zachęcający do przekazania jednego procenta na Caritas. Po drodze życzył zdrowia panu z balkonikiem i pani salowej wywożącej brudną pościel na specjalnym wózku. I jeszcze jednej pielęgniarce, która zapytana, upewniła go, że dobrze idzie, bo okazało się, ze dotarcie na oddział na którym przebywał Wiesiu nie było wcale takie łatwe. W dyżurce pielęgniarskiej pojawiła się wątpliwość, czy na pewno dobrze trafił. Zaskoczone niespodziewaną wizytą pielęgniarki od razu domyśliły się do kogo przybył postawny gość w stroju biskupa.
- No, nie wiem, czy jemu należy się dzisiaj prezent – powiedziała ta z jasnymi włosami.
- Chyba, że Mikołaj przyniósł mu rózgę…  - dodała druga, a trzecia tylko się roześmiała.      
- Wredny był? - zapytał bez ogródek święty Mikołaj zdradzając w ten sposób, że doskonale znają się z pacjentem i że jego zmienne nastroje nie są mu specjalnie obce.

- Trochę nam dziś rano nadokuczał, ale już jest dobrze - widać pierwsza nie chciała specjalnie rozpamiętywać niedawnych sytuacji - zapraszamy na salę, na pewno bardzo się ucieszy.
Pewnie że tak. Zawsze tak jest i chyba każdy tak ma, że jak coś dzieje się po jego myśli, to się cieszy, a jak życie próbuje coś mu wciskać wbrew jego woli czy planom to się zwyczajnie buntuje. Wiesław ryczał jak lew, bo siostry kazały mu dużo pić. Było to konieczne dla przeprowadzenia niezbędnego badania. Ale on przecież już się napił i miał dosyć. A po co będzie pił jak mu się pić nie chce… Jeszcze pęknie, jak ten smok. O nie, taki głupi to on nie jest. No i zwyczajnie ryczał. A teraz leżał na swoim łóżku obok odłączonej kroplówki. O tym, że niedawno był do niej podłączony świadczył duży siniak na przedramieniu.
- Ma pan gościa panie Wiesławie – zawołała siostra kiedy wchodzili do Sali. Pan Wiesław spojrzał leniwie w kierunku wchodzących i podskoczył nagle jakby go ktoś uszczypnął.
- Miko…, Mikołaj! - zawołał swoim tubalnym głosem, po czym rozłożył ręce i mocno uściskał ulubionego świętego. Ten zaś stał wzruszony pozwalając mu tulić się do swojego brzucha i czerwonej szaty.
- Nie było cię na roratach - rozpoczął Mikołaj, ale w jego głosie nie było pretensji - bardzo mnie to zmartwiło.
- Bo Wiesiu jest chory i musi być w szpitalu - odpowiedział pacjent jakby mówił o kimś innym. Jego spojrzenie utkwione było w paczce z której wyglądał pluszowy stwór z wielkimi oczami. Następnie obydwaj, to znaczy stwór i Wiesław wlepili wzrok w twarz świętego Mikołaja, a w spojrzeniu tym zawarte było pytanie o to co będzie dalej. Co to w ogóle za paczka i czy można ją już otworzyć? Ale okazało się, że trzeba będzie jeszcze z tym trochę poczekać.
- Wiesiu - zagaił święty Mikołaj - wiem, że zanim  trafiłeś do szpitala chodziłeś codziennie na roraty.
Powolne spuszczenie powiek przez Wiesia oznaczające potwierdzenie tych słów zlało się z szerokim uśmiechem wywołanym zapewne świadomością coraz większej bliskości trzymanej przez biskupa paczki
- Ale wiem też, że nie zawsze zachowujesz się tu tak jak należy i, że niestety zdarza się, że czasem jesteś niedobry dla kogoś. O na przykład dla tych pań pielęgniarek, które się tu o ciebie troszczą, opiekują się, pomagają… I to mi się bardzo nie podoba, że taki byłeś niedobry! - tu gość w mitrze udanie się zachmurzył.
Tym razem powieki Wiesia pozostały nieco dłużej spuszczone, a paczka, niestety, zaczęła się powoli przesuwać w kierunku niewidzialnej, bezkresnej otchłani, w której z całą pewnością niechybnie by bezpowrotnie przepadła gdyby nie wyrwały go z zamyślenia kolejne słowa świętego Mikołaja.  Czyżby dostał jeszcze jedną szansę? Tak, bardzo na nią liczył. Kilkusekundowa cisza nie pozwalała jednak wywnioskować, czy święty Mikołaj i tym razem pozwoli mu na kolejne podejście. Ale tak, chyba tak. Słuchał, co tym razem ma mu do powiedzenia.
- Mam tu dla ciebie prezent - powiedział patrząc w na powrót iskrzące się oczy dużego chłopca.
- On jest dla ciebie i dam ci go pod warunkiem, że będziesz się bardziej starał być dobrym i nikomu nie będziesz sprawiał przykrości. Zgoda?
- Będę już  grzeczny panie Witku! – zawołał uradowany Wiesiu i wyciągnął ręce w kierunku dużych pluszowych oczu wyglądających z zielonej torebki. Pielęgniarki nie wiadomo czemu cichutko zachichotały, zaś święty Mikołaj nie tracąc rezonu zapytał, przy czym trzeba przyznać, że w tej sytuacji pytanie to brzmiało dość paradoksalnie:
- To ty mnie jednak nie poznałeś Wiesiu – co zaskoczyło nieco rekonwalescenta, któremu dopiero co wydawało mu się, że właśnie poznał… Ale może nie? Skąd mu się to jednak wzięło i czemu wypalił z tym panem Witkiem? Nie wiedział sam. Przymknął oczy i znieruchomiał na chwilę jak mu się to czasem zdarza. Wyczekiwał co stanie się teraz.
- Wiesław, słyszysz mnie – kontynuował święty Mikołaj – wiesz kim ja jestem?
Pewnie, że słyszał. I doskonale wiedział. Powoli otworzył oczy, a widząc nad sobą troskliwą, zarośniętą na biało twarz, z której śmiały się do niego życzliwie spoglądające oczy dokonał ponownego, oczywistego odkrycia.
- Ty jesteś świętym Mikołajem – zwołał, a święty Mikołaj odetchnął z ulgą
- No przecież – ucieszył się święty i lekko, po przyjacielsku klepnął go po plecach. Siostry ucieszyły się razem z nim, a Wiesiu zaczął szybko wyciągać zawartość otrzymanego pudełka. Ze względu na ścisła dietę nie znalazł niestety żadnych słodyczy. Za to, oprócz pluszowego stwora, była tam miękka pluszowa piłka, kalendarzyki, sztuczny dolar i kolejny, wielki medal, który z pewnością zasili umiłowaną przez Wiesia kolekcję różnokolorowych krążków. Uśmiech nie schodził z jego twarzy kiedy przytulał kolejno wszystkie otrzymane podarki. Uśmiechał się też kiedy pozował do wspólnej wraz z pielęgniarkami i świętym Mikołajem pamiątkowej fotografii. Z uśmiechem od ucha do ucha pomachał świętemu Mikołajowi, kiedy ten stał już w drzwiach i żegnając się życzył mu szybkiego powrotu do zdrowia i do domu. A kiedy za kilka dni wrócił do Ośrodka, spotkałem go na korytarzu, zapytałem jak się czuje. Powiedział głośno jak zwykle, a może nawet trochę głośniej niż zwykle.
- Jestem już wyzdrowiony! I był u mnie Mikołaj!
- To cudownie – odpowiedziałem. I jeszcze długo uśmiechałem się patrząc za nim jak schodzi na obiad.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49